Niektore drzewa juz sie poddały,..na przyklad klon pod moim domem - w nocy zrzucil wszystkie liscie , które teraz leza jak złota polanka na trawniku dookola . W lesie tak samo, biegnie sie po kolorowych lisciach, pachnie jesienna zgnilizna. Dały mi sie we znaki ostatnie leniwe tygodnie. W czwaretk z Ola bieglo sie niezle, ale jak teraz patrze , to pewnie przez to, ze gadałysmy. Dzis, sam na sam ze soba , było ciezko i nawet muzyka nie pomagała. Postanowiłam jednak, ze bede codziennie trenowac, bo nie chce umierac na biegu niepodległosci. I w ogole musze wrócic do formy. I w ogóle musze zwalczyc jesienna depresję:) Taaak. Na jesienne ciemnosci jest kilka dobrych lekarstw: goraca kapiel, łózko, dobre jedzenie, wino - wszystko tak łatwo dostepne bez wychodzenia z domu. I jak tu wybrac zamiast tego bieganie ???:) Musze kupic zimowe spodnie biegowe i jakąś fajną gore. No i buty. Rekawiczki mam. Gdyby taj jeszcze znów zaswiecilo slonce ...:)
skomentuj (4)Weekend zamknal sie 15 km. Pogoda zmienna jest, w sobote w poludnie bylo tak zimno, ze zmarzly mi rece, a dzis wieczorem rękawiczki , ktore zabralam biegac, okazaly sie zbedne, za to czapka juz tak :) - cos tam siapilo z nieba. Wrocilam dzis na stara scieżke biegowa, chlodno, ciemno - zupelnie jakby czas zakolowal, i znow byl marzec :) Dzisiejsze odkrycie muzyczno-motywacyjne : Every little thing she does is magic , The Police, oczywiscie. Super trzyma tempo. Mysle i mysle, co teraz ? Chyba po pierwsze za rok musze zerwac pol godzinki z wyniku. No i musze kupic nowe buty. Tak mi ciezko rozstac sie z tymi, ktore tyle dla mnie znacza - ale sa juz tak zdarte, ze chyba nie amortyzuja już jak trzeba...Ale nigdy ich nie wyrzuce, mam juz na nie sliczne pudelko:)
skomentuj (1)Dzis , w dzien zimny i wietrzny, druga piatka po marartnie. Z dusza na ramieniu, po wczorajszym. Las zmienil sie przez noc...jesli tylko zswieci znów slonce bedzie pieknie... zloto-zielono... Niespodziewanie bieglo mi sie dzis cudownie! Gdyby nie beznadziejny nawyk niezawracania sobie głowy zegarkiem kiedy biegam tak sobie a muzom - pewnie miałabym jakis przyjemny czas do zapisania :) Moje nogi juz nie sa ciezkie, a wydolność ...uuuu(TM:), czuje, ze jest dobrze:) Miesień wciąż boli, ale to cwiczenie na hart ducha:) W uszach miałam znow Michaela i musze zapisac wreszcie poczatek mojej top listy motywacji spiewanej: 1) Man in the mirror 2)Another part of me 3) Leave me alone 4) Heal the world 5) You are not alone 6) Rock my world 7) Blame it on the boogie 8) Dont'stop till you get enough 9) rock with you 10) Can you feel it 11) I just can't stop loving you 12) Beat it - to najlepiej na finisz, niezbyt szybki ale mocny :) Wydaje mi sie, ze pokryje to z 15 km. Jutro chyba ide na rowerki, bede przesluchiwac Red Hot-ów po tym samym kątem...
skomentuj (0)Oj, szczerze? nie wiem, jak ja to zrobiłam w zeszłą niedzielę ...:) właśnie wróciłam z lasu, po przetruchtaniu 5 km. A chęci miałam na 10. Tylko, że nogi mam jak z kamienia. Wydawało mi się, że już mi przeszło - po schodach zasuwam jak zwykle, siadam, wstaje bez żadnych reminiscencji... A jednak maraton to nie w kij dmuchał . Pokory, pokory... Jutro tez sobie "przespaceruję" 5tkę. Ciekawe, jak beda się czuły moje kochane kolezanki wspól-maratonki, które jutro lecą 10 w biegnij wwo? Mnie jakoś nie chciało się stawac w kolejnej masowej imprezie, chce się jeszcze podelektować wspomnieniami poprzedniej i nie zacierać ich jak najdłużej:) Np dziś przebiegłam znów myślami ten kawałek nad Wisła na Pradze... cieplutko, słonecznie, wesoło na duszy... przydają sie takie wspomnienia kiedy zimno i szaro:) Hm, boli mnie mięsień. W maratonie ten ból był przycmiony ogólnym bólem wszystkich mięśni nóg, ale dziś prawie kulałam biegnąc, tak mi doskwiera ta kula bólu w udzie. Muszę iśc z tym do doktora, tylko, zeby tak ktoś mi nakazał... bo sama pewnie bede to odkładała az bedzie za pózno. Tak więc nakazuje to sobie to teraz, w poniedziałek zadzwonie i umówię sie z lekarzem, skoro nie może mi już zakazac startu w maratonie ?:) I przy okazji poprosze o sprawdzenie kostki. Czy to możliwe, że boli mnie bo jak miałam 17 lat to zwichnełam ją na pomoscie w Bartoszycach, kiedy jakiś pijak chciał wrzucic mnie do jeziora ? Potem owinełam ja bandażem elastycznym i jeszcze 2 tygodnie jeżdziłam z tym na obozie rowerowy:) A potem juz nie bolała - a ja nie biegałam prez nastepne 22 lata:) Kurczę... Co do wieku - moja Basia kończy dziś 15 lat. Jestem z niej bardzo dumna. Ten mój maraton był w dużej czesci dla niej...
skomentuj (2)
Kiedy następny maraton? Na pewno w słońcu, więc pewnie za rok J - ale na pewno. Jestem uszczęśliwiona, zadowolona, dumna… Udało mi się nie popełnić żadnego błędu. Podjęłam ze dwa ryzyka – ale wygrałam w obu przypadkach. Po kolei: założone tempo – ok. 7 minut na kilometr. Wyliczone na podstawie moich 25 km, które pobiegłam ok. 6:40 na km. Dodałam do tego asekuracyjnie 20 sekund . Jak się potem okazało - trafiłam w punkt. Jeśli nie liczyć przygrzania przed metą – nie miałam zadyszki a pulsometr wykazał mi średnie tętno 156 , maks. 180. Od strony płuc i serca nie miałam żadnych negatywnych sygnałów przez całą drogę. Pełen komfort. Zgodnie z zaleceniami z wykładów systematycznie ,ale nie przesadnie, dożywiałam się i nawadniałam w drodze i przed. W przeddzień i rano przed startem wypiłam ok. 2 razy więcej niż zwykle. I objadłam się makaronemJ Na 5, 10 i 15 piłam niewiele, potem po pełnym kubku Powera, a na ostatni odcinek zabrałam całą butelkę . Bardziej, żeby mieć coś do odwracania uwagi od bolących nóg, niż do piciaJ Systematycznie polewałam wodą moja białą czapkę – a polewanie sobie pleców wspominam z niewypowiedzianą , nawet nieprzyzwoitą przyjemnością. Większość trasy słuchałam muzyki, nie przeszkadzała mi wcale. A odcinek po połówce, kiedy to zaczął chyba działać żel wessany na 15tym , i wyrosły mi skrzydła u ramion, bez Michaela w uszach nie byłby tym , czym był J Cały maraton nie byłby też taki , jakim był bez Ani u boku i jej świetnej rodzinki. To było naprawdę wyjątkowe. Ania miała swoja ekipę serwisowa na rowerach przy sobie , a ja przy tym też czułam się bezpiecznie J Ciągnęłyśmy razem , pogadując i pomagając sobie – a przynajmniej ona mi pomagała się trzymać – przez ok. 35 km. Potem już poszłam samopas i wystrzeliłam, jak się okazało, kilka minut do przodu. Ale w tych warunkach – kiedy na dodatek wciąż wyprzedza się dziesiątki osób już maszerujących– nie sposób nie biec do przodu skoro : tchu nie brakuje, serce nie boli, gorąco nie jest, pić jest co , i TYLKO bolą nogi ?:) A jeszcze jakiś demon każe ci przyspieszać pod górkę ,,,:) Właściwie całą drogę wciskałam wewnętrzny hamulec, ale nie mogłam się powstrzymać na wylocie z tunelu na wisłostradzie J. Na ostatnim podbiegu już nie miałam siły przyspieszać, ale udało mi się utrzymać tempo. Za to puls skoczył i potem musiałam mocno zwolnic dla wyrównania. I gdzie była ściana ? Chyba nigdzie… gdzieś na 32-33 km zaczęły mocno boleć mnie mięśnie i zaczęłam się bać, że nie dobiegnę tylko będę musiała kawalek iść…ale zaraz zaczęłam myśleć o tym, że wybór Czerniakowskiej na trasę jest bez sensu, bo nie cierpię tej ulicy, itp. itd. i rozważania nt. nieodwracalnych uszkodzeń stawów, którym zapobiec by mogło przejście do marszu ;) już nie wróciły. Powiedziałam też sobie, że po prostu koniec wewnętrznych dyskusji na ten temat J Wielkim zaskoczeniem było to, że nie bolały mnie plecy, co doskwierało mi bardzo w poprzednich dłuższych biegach. Co prawda od czasu do czasu na trasie robiłam ćwiczenia rozciągające grzbiet– ale czy to rzeczywiście mogło pomóc ? Chyba tak, bo pomimo obietnic składanych samej sobie – nie trafiłam dotąd na siłownieJ Nie zawiodło mnie ubranie – choć tu podjęłam drugie ryzyko- poza użyciem żelu, którego nigdy wcześniej nie przyjmowałam ( drugie opakowanie łykałam stopniowo na 35, 30 i 35 km)– i założyłam kupioną w przeddzień koszulkę. Ale okazała się ona najlepsza z wszystkich dotąd zakupionych. Farciara ze mnie J Nie pociłam się w niej, świetnie oddawała wszystko na zewnątrz, a na plecach ma kieszonkę , która dotyka pleców już na wysokości spodenek, więc jej zawartość nie ociera skory. Schowałam tam żelki i w ogóle mi nie przeszkadzały. Średnie tempo 7:06min/km dało mi zapas sił, który uratował moją 4 na początku. Właściwie do ostatniej prostej nie śledziłam czasu. Nie myślałam o tym. Zakładałam , że nie pobiję piątki. A tu podnoszę głowę i widzę czerwone cyfry 4:59:42. Przemknęło mi przez głowę, że w 18 sekund zdążę tam nawet dojść – ale zerwałam się do biegu… no i już za moment było po J. Dawno nie śmiałam się tak beztrosko, z prostego szczęścia. Chciałabym to kiedyś powtórzyć i już rozumiem tych, którzy robią to co miesiąc, dla których „ maraton to religia” . Czym jest dla mnie ? Czas pokaże. Czy byłby taki sam, gdyby nie wszystkie przygotowania, ludzie, których przy nich poznałam, koleżanek z teamu biegowego, znajomych z obozu , którym mogłam pomachać pod drodze? I którzy też dobiegli J? NA PEWNO NIE i w moim życiu już drugiego takiego wyjątkowego nie będzie . Na razie z przyjemnością myślę o bieganiu bez wyrzutów sumienia, że to za mało , za słabo…big day już minął , a w perspektywie same przyjemne , krótko-dystansowe fun-run’s J Na ścianie powieszę sobie plan trasy, który miałam ze sobą w kieszeni , i który nosi niezatarte ślady tego ile kroków wykonałam pomiędzy 9tą a 14tą, dnia 27 września 2009 J
skomentuj (3)a jutro pobudka o 5:30, wstawanko o 6tej. Jestem molto excitado i bardzo sie cieszę na jutro. Dzisiejszy dzien porawil mi humorek. Cieszę sie, ze pobieglam dzis w sztafecie swoje 7,195 - po pierwsze przyczyniłam sie do wyniku 3:38 , co jest niezle - ale wielkie dzieki dla Kasi ! i innych kobitek, ktore nadrobiły dla nas dużo - po drugie , bo mialam towarzystwo przy odbiorze pucharu za 3 miejsce w przedziale K4 w pucharze maratonu, po trzecie - bo wiem, jak goraco bedzie jutro na trasie - i zakupiłam dzis odpowiednia czapeczke aby ustrzec sie udaru. Musze jeszcze policzyc w jakim tempie mam pokonywac kilometry - zeby biec wciaz na hamulcu. Po wysłuchaniu kilku wykladow specow od maratonu zdecydowałam sie zakupic zel na drogę - z ich slów wynika, ze jest to oczywista sprawa - tylko trzeba wiedziec kiedy je wciagnąc. Pan na stoisku sprzedal mi dwa - jeden na 15ty km, drugi na dwa razy po 35 km....ale na wykładzie usłuszlam, że zel zjedzony po 35 km zadziała i tak dopiero po mecie..." gdzie czeka piwo ":) . Cóz, bede obserwowac co robią wspólbiegacze :) Niczym sie nie przejmuję, bo i tak biegne na wariata, pewnie bede sobie kawałek maszerowac, pewnie dotre grubo po 5 godzinie :) ale na pewno będe na mecie.
skomentuj (3)sytaucja jest taka, ze biegam, trenuje, staram sie byc w formie - ale na pewno nie jest tak dobrze jak było w przeddzien mojego "bolu glowy" Patrzac z perspektywy wytracilo mnie to z rytmu i nie jestem najlepiej przygotowana. Biegam sobie z Olą lub sama, tempem spacerowym i ,nie wiem dalczego;) - nie opuszcza mnie przekonanie, ze maraton tez tak sie da zrobic:) Nie zagladam na zadne biegowe strony , nie nakrecam sie na wynik - no, moze tylko na to, zeby nie isc ani chwilki... Myslami jestem juz wlasciwie dalej. Ciesze sie na zimowe bieganie, na bialym sniegu, w sloncu.... Zresztą mam juz plany poza-maratonowe. Bieganie bez napinania sie 3 razy w tygodniu da sie swietnie pogodzic z czyms jeszcze...chcialabym odswiezyc pewne stare namietnosci. Czyzby zycie naprawde zaczynalo sie po 40tce ?:)
skomentuj (5)